Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, a raczej prostą potrzebą eskapizmu totalnego, nie wymagającego ode mnie większego zaangażowania, sięgnąłem po dwa filmy, po których nie miałem wielkich oczekiwań. Ale też nie miałem żadnych, bowiem stąd i owąd docierały do mnie całkiem pochlebne opinie (mniej również). Na pierwszy seans wybrałem "Władców Wszechświata", który to w moim sercu nie ma w ogóle miejsca. Trochę z racji wieku, ponieważ największym sentymentem darzą go ludzie urodzeni na przełomie lat 70. i 80., więc pociąg ten dla mnie odjechał jako dziecię lat 90. Oczywiście wtedy też emitowano tę uroczą animację, lecz już wtedy waliła dla mnie kiczem na kilometr i nie potrafiłem tego oglądać. Za każdym razem objawiało się dziecinne rozczarowanie, gdy na ekranie kineskopu pojawiał napakowany blondas w różowym wdzianku. Jedyne, co w He-manie (co to za przydomek w ogóle xD) później polubiłem, to jego memiczność. Oczywisty międzynarodowy hit "HEYYEYAAEYAAAEYAEYAA", ale także mniej znany, głównie dla koneserów niewybrednego humoru, polska przeróbka "Ivan - król pedałów" (ponoć oryginał pochodzi z Ameryki Południowej). Uniwersum nie było duże, lecz dzięki zabawkom całkiem silne (chyba głównie w USA), a na przestrzeni dekad próbowano zwojować ekrany różnych formatów, m.in. w latach 80. w kinach przy pomocy Lundgrena, a kilka lat temu za reanimacją wziął się za reanimację Netflix wracając do rysunkowych korzeni. Ku mojemu zaskoczeniu Travis Knight postanowił "Władców Wszechświata" reaktywować. Reakcja widzów była raczej chłodna: fajni nie spodziewali się niczego dobrego po castingu, a cała reszta nie widziała w tym sensu. Z drugiej strony Knight stoi za jedną z bardziej udanych ekranizacji marek Hasbro, czyli za "Bumblebee".
Temat w każdym razie olałem, w projekt nie wierzyłem kompletnie, w zasadzie był mi całkowicie obojętny. Nawet nie najgorszy trailer tego nie zmienił. Oraz wiele ciepłych komentarzy. Niemniej po zaledwie miesiącu od kinowej premiery film wylądował na Prime. Liczyłem na hate watching, a dostałem naprawdę przyzwoite kino popcornowe. Świetnie dobrane role, przyjemna dla oka akcja, niezłe CGI (zwłaszcza w porównaniu z większością współczesnego kina superbohaterskiego), masa humoru oraz dystansu. Twórcy wiedzieli z jakim materiałem się mierzą, jaka jest jego spuścizna. Silenie się na powagę będzie w tym wypadku... niepoważne. Dlatego co chwilę bawi się konwencją, nabija się z samego siebie, przetwarza memy, ale w tym wszystkim bije miłość do materiału źródłowego. Takie "hej, my wiemy, że He-Man i spółka to kiczowata ramotka, ale my go kochamy". Dlatego to wszystko działa. Oczywiście pomagają kwestie techniczne, bo zwyczajnie widać tutaj i budżet, i umiejętności całej ekipy. Dzięki temu filmowi polubiłem to uniwersum. Nie na tyle, że zacząć oglądać inne produkcje, bo te wciąż mnie porażają kiczem. Ale potencjalną kontynuacje - jeszcze jak!
Idąc za ciosem (i lekkim kacem) sięgnąłem po inny tegoroczny h(k)it(cz): Mortal Kombat II. Tutaj historia jest diametralnie inna, lecz tylko z pozoru, bowiem ma kilka wspólnych punktów. Obie produkcje opierają się na marce przesiąkniętą nostalgią oraz obie u podstaw są kiczowate, lecz MK jest znacznie mniej wyśmiewane, jeśli w ogóle bywa. Gry rządzą się swoimi prawami i tam taka kreacja spotyka się ze znacznie większą tolerancją. Bezsensowny turniej z przerysowaną przemocą, tanimi tekstami oraz postaciami, które każde urwało się z innej parafii. W grze wideo to było cool, w kinie z żywymi (do pewnego momentu) aktorami - niekoniecznie. Oczywiście ktoś zakrzyczy teraz "Robot, co ty pitolisz, przecież Mortal Kombat z '95 to klasyka kina kopanego, nie znasz się!". Klasyka, jasne, ale nie znaczy to, iż był to dobry film. Akurat pierwszy raz obejrzałem go jako osoba dorosła (wcześniej tylko jakieś zapowiedzi w TV) i powiedzieć, że ten film mi się nie podobał, to jakby nic nie powiedzieć. Szmira totalna, a nawet po legendarne "Unicestwienie" nie sięgnąłem. Gry natomiast przez trzy dekady cieszyły się większymi lub mniejszymi, ale sukcesami. Zwłaszcza po miękkim resecie i wejściu na nowy silnik graficzny w 2011, który ponownie, jak w 1992, wyniósł brutalność w interaktywnej rozgrywce na nowy poziom. Było to swoiste odrodzenie serii. Dekadę później Simon McQuoid reaktywował serię filmową, tworząc film o tytule... "Mortal Kombat". Nie była to produkcja dobra, ale moim zdaniem lepsza od dzieła Andersona. Fani serii gier mogli docenić podejście z szacunkiem do niej, ale film cierpiał na koszmarny montaż, nieangażujące walki i ogólną plastikowość oraz drętwotę. Nie inaczej jest kontynuacją z tego roku. Powtarza niemal te same błędy, jednak dodano kiczowatą, ale jakże potrzebną cyklowi postać - Johnnego Cage'a. Grany przez Karla Urbana zabijaka wprowadza nieco luzu, którego tak brakowało. To jednak za mało, by uratować MKII. To wciąż zlepek marnych walk okraszone plastikowym CGI i nieciekawą historią.
Oba filmy są kiczowate. Przy pierwszym jednak bawiłem się zacnie, a przy drugim przysypiałem. Nie ma tu znaczenia jakim materiałem źródłowym operowali, a jak tym materiałem operowali. We "Władcach Wszechświata" było więcej miłości, umiejętności i budżetu. W "Mortal Kombat II" nie sposób odmówić szacunku, także pewnej dozy miłości, ale zabrakło nieco budżetu, a najbardziej umiejętności. Kicz kiczowi nierówny. Oczywiście nie znaczy to, że MKII nie przypadnie komuś do gustu, a He-Mena nagle wszyscy polubią. Wręcz przeciwnie, jak pokazuje boxoffice, ekranizacja bijatyk zrobiła kilkanaście milionów więcej od kulturysty z mieczem na plecach, jednak przy budżecie ponad dwukrotnie niższym! Czyli MKIII jest niemal pewne, a kolejni "Władcy" mogą wrócić do zabawek na kolejne dekady. Mimo wszystko podtrzymuję swoją jakże odkrywczą tezę - kicz kiczowi nierówny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz