piątek, 7 sierpnia 2026

Nie podoba się, to nie kupuj

 Jestem niesamowicie zaskoczony jak bardzo wciągnąłem się w książkę, która jest de facto o wszystkim i o niczym, na pierwszy rzut oka chaotyczna, lecz na drugi całkiem sprytnie poukładana, dzięki czemu rozdziały można czytać wyrywkowo.

Smuggler był dla mnie, jak i chyba dla każdego stałego czytelnika tej gaze... tego czasopisma znaczy się, legendą. Dla wielu irytującą, dla większości, wydaje mi się, inspirującą. Jako nastolatek byłem zafascynowany jego ciętym piórem, sposobami, jakimi wyjaśniał mniej lub bardziej (z reguła mniej) rozgarniętych pisujących listy. Jego tożsamość była skrywana przez niemalże trzy dekady, choć w pewnym momencie większość domyślała się kim imć jest (ja sam od wielu stawiałem na Mac Abrę, bez snucia intryg w internecie, po prostu najbardziej pasował).

Jestem stałym czytelnikiem CD-Action bite 20 lat (pamiętam mój pierwszy zakupiony numer, z okładki krzywo patrzył się bohater gry "Prey", a było to w roku 2006),lecz od ponad dekady nie ekscytuję się nowym numerem (a uwierzcie, potrafiłem wręcz niezdrowo się ekscytować). Podczas lektury "Nie podoba się..." wróciła do mnie ta młodzieńcza ekscytacja, a raczej pamięć do niej. Przypomnieli się mi się dawni redaktorzy, ci kultowi, jak i ci nieco zapomniani. W tamtym czasie (głównie 2006-2012) w pewien sposób żyłem w uniwersum redakcji, interesowałem się nimi jak dzisiejsza młodzież jutuberami czy tiktokerami. Nie wszystko wtedy wyłapałem, dużo działo się zza kulisami, które to Smuggler lekko w tej książce uchylił. Np. pamiętam konflikt autora z EGM, przeze mnie bardzo lubianego, bo recenzował uwielbiane wtedy przeze mnie przygodówki (i robił to stylowo). Trochę smutno mi było, że dwóch lubianych przeze mnie redaktorów ma jakąś spinę, a jako, że nie czytałem bloga EGM'a, to nie miałem pojęcia o skali konfliktu. Smuggler wyciąga niektóre brudy, co dla niektórych może być niesmaczne, ale osobiście nie jestem zdania, że o zmarłym należy mówić dobrze lub wcale, a na pewno nie po latach po jego zgonie. Wydaje mi się, że podszedł do tego uczciwie często zaznaczając, iż jest wyłącznie jego opinia, aczkolwiek nie skupiał się na krytyce. Cóż, EGM był osobą ciekawą, nieszablonową, inteligentną, ale przy tym niesamowicie trudną.

Podsumowując: spodziewałem się takiej sobie opowiastki jak to drzewiej było, ot takie niewinne dojenie fanów, jak to było w przypadku publikacji "Chwile chwały i przypały" (ok, to był ewidentny skok na kasę biorąc pod uwagę stosunek ceny do zawartości). A dostałem historię życia (a raczej jej konkretny wycinek, bo w sumie nadal nic nie wiem o jego żonie) człowieka, który ukształtował pokolenie graczy w Polsce, a na pewno mnie, jako gracza, a trochę też jako człowieka, bo dzięki CDA romansowałem z dziennikarstwem. Jest to też zbiór tony anegdot nie tylko z CDA, ale także z absurdów PRL-u, wściekłego kapitalizmu lat 90., o dziwnych i ciekawych ludziach (rozwaliła mnie historia o Mareczku). No, jest tego multum, a wszystko to okraszone gawędziarskim stylem Smugglera. Ok, pod koniec jest trochę zapchaj dziury w postaci przepisów czy lekkich truizmów życiowych, ale i to doceniam. Nie jest to książka dla każdego, lecz dla specyficznego czytelnika (czytaj: wieloletniego fana pisma CDA) jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Dla reszty to będzie raczej dziwna ciekawostka.




piątek, 31 lipca 2026

Kicz kontra kicz

     Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, a raczej prostą potrzebą eskapizmu totalnego, nie wymagającego ode mnie większego zaangażowania, sięgnąłem po dwa filmy, po których nie miałem wielkich oczekiwań. Ale też nie miałem żadnych, bowiem stąd i owąd docierały do mnie całkiem pochlebne opinie (mniej również). Na pierwszy seans wybrałem "Władców Wszechświata", który to w moim sercu nie ma w ogóle miejsca. Trochę z racji wieku, ponieważ największym sentymentem darzą go ludzie urodzeni na przełomie lat 70. i 80., więc pociąg ten dla mnie odjechał jako dziecię lat 90. Oczywiście wtedy też emitowano tę uroczą animację, lecz już wtedy waliła dla mnie kiczem na kilometr i nie potrafiłem tego oglądać. Za każdym razem objawiało się dziecinne rozczarowanie, gdy na ekranie kineskopu pojawiał napakowany blondas w różowym wdzianku. Jedyne, co w He-manie (co to za przydomek w ogóle xD) później polubiłem, to jego memiczność. Oczywisty międzynarodowy hit "HEYYEYAAEYAAAEYAEYAA", ale także mniej znany, głównie dla koneserów niewybrednego humoru, polska przeróbka "Ivan - król pedałów" (ponoć oryginał pochodzi z Ameryki Południowej). Uniwersum nie było duże, lecz dzięki zabawkom całkiem silne (chyba głównie w USA), a na przestrzeni dekad próbowano zwojować ekrany różnych formatów, m.in. w latach 80. w kinach przy pomocy Lundgrena, a kilka lat temu za reanimacją wziął się za reanimację Netflix wracając do rysunkowych korzeni. Ku mojemu zaskoczeniu Travis Knight postanowił "Władców Wszechświata" reaktywować. Reakcja widzów była raczej chłodna: fajni nie spodziewali się niczego dobrego po castingu, a cała reszta nie widziała w tym sensu. Z drugiej strony Knight stoi za jedną z bardziej udanych ekranizacji marek Hasbro, czyli za "Bumblebee".

    Temat w każdym razie olałem, w projekt nie wierzyłem kompletnie, w zasadzie był mi całkowicie obojętny. Nawet nie najgorszy trailer tego nie zmienił. Oraz wiele ciepłych komentarzy. Niemniej po zaledwie miesiącu od kinowej premiery film wylądował na Prime. Liczyłem na hate watching, a dostałem naprawdę przyzwoite kino popcornowe. Świetnie dobrane role, przyjemna dla oka akcja, niezłe CGI (zwłaszcza w porównaniu z większością współczesnego kina superbohaterskiego), masa humoru oraz dystansu. Twórcy wiedzieli z jakim materiałem się mierzą, jaka jest jego spuścizna. Silenie się na powagę będzie w tym wypadku... niepoważne. Dlatego co chwilę bawi się konwencją, nabija się z samego siebie, przetwarza memy, ale w tym wszystkim bije miłość do materiału źródłowego. Takie "hej, my wiemy, że He-Man i spółka to kiczowata ramotka, ale my go kochamy". Dlatego to wszystko działa. Oczywiście pomagają kwestie techniczne, bo zwyczajnie widać tutaj i budżet, i umiejętności całej ekipy. Dzięki temu filmowi polubiłem to uniwersum. Nie na tyle, że zacząć oglądać inne produkcje, bo te wciąż mnie porażają kiczem. Ale potencjalną kontynuacje - jeszcze jak!

    Idąc za ciosem (i lekkim kacem) sięgnąłem po inny tegoroczny h(k)it(cz): Mortal Kombat II. Tutaj historia jest diametralnie inna, lecz tylko z pozoru, bowiem ma kilka wspólnych punktów. Obie produkcje opierają się na marce przesiąkniętą nostalgią oraz obie u podstaw są kiczowate, lecz MK jest znacznie mniej wyśmiewane, jeśli w ogóle bywa. Gry rządzą się swoimi prawami i tam taka kreacja spotyka się ze znacznie większą tolerancją. Bezsensowny turniej z przerysowaną przemocą, tanimi tekstami oraz postaciami, które każde urwało się z innej parafii. W grze wideo to było cool, w kinie z żywymi (do pewnego momentu) aktorami - niekoniecznie. Oczywiście ktoś zakrzyczy teraz "Robot, co ty pitolisz, przecież Mortal Kombat z '95 to klasyka kina kopanego, nie znasz się!". Klasyka, jasne, ale nie znaczy to, iż był to dobry film. Akurat pierwszy raz obejrzałem go jako osoba dorosła (wcześniej tylko jakieś zapowiedzi w TV) i powiedzieć, że ten film mi się nie podobał, to jakby nic nie powiedzieć. Szmira totalna, a nawet po legendarne "Unicestwienie" nie sięgnąłem. Gry natomiast przez trzy dekady cieszyły się większymi lub mniejszymi, ale sukcesami. Zwłaszcza po miękkim resecie i wejściu na nowy silnik graficzny w 2011, który ponownie, jak w 1992, wyniósł brutalność w interaktywnej rozgrywce na nowy poziom. Było to swoiste odrodzenie serii. Dekadę później Simon McQuoid reaktywował serię filmową, tworząc film o tytule... "Mortal Kombat". Nie była to produkcja dobra, ale moim zdaniem lepsza od dzieła Andersona. Fani serii gier mogli docenić podejście z szacunkiem do niej, ale film cierpiał na koszmarny montaż, nieangażujące walki i ogólną plastikowość oraz drętwotę. Nie inaczej jest kontynuacją z tego roku. Powtarza niemal te same błędy, jednak dodano kiczowatą, ale jakże potrzebną cyklowi postać - Johnnego Cage'a. Grany przez Karla Urbana zabijaka wprowadza nieco luzu, którego tak brakowało. To jednak za mało, by uratować MKII. To wciąż zlepek marnych walk okraszone plastikowym CGI i nieciekawą historią. 

    Oba filmy są kiczowate. Przy pierwszym jednak bawiłem się zacnie, a przy drugim przysypiałem. Nie ma tu znaczenia jakim materiałem źródłowym operowali, a jak tym materiałem operowali. We "Władcach Wszechświata" było więcej miłości, umiejętności i budżetu. W "Mortal Kombat II" nie sposób odmówić szacunku, także pewnej dozy miłości, ale zabrakło nieco budżetu, a najbardziej umiejętności. Kicz kiczowi nierówny. Oczywiście nie znaczy to, że MKII nie przypadnie komuś do gustu, a He-Mena nagle wszyscy polubią. Wręcz przeciwnie, jak pokazuje boxoffice, ekranizacja bijatyk zrobiła kilkanaście milionów więcej od kulturysty z mieczem na plecach, jednak przy budżecie ponad dwukrotnie niższym! Czyli MKIII jest niemal pewne, a kolejni "Władcy" mogą wrócić do zabawek na kolejne dekady. Mimo wszystko podtrzymuję swoją jakże odkrywczą tezę - kicz kiczowi nierówny.




środa, 9 listopada 2016

Uran - rozdział 6

Nastał wieczór. Eryk spacerował po Central Parku, jedynym miejscu w promieniu dwustu kilometrów, w którym znajdowały się prawdziwe drzewa. Przyroda zawsze powodowała w Eryku melancholię oraz poczucie zatracenia w tym technologicznym świecie. Człowiek stał się niewolnikiem własnego dzieła, pomyślał. A może jest to naturalna kolej rzeczy ludzkiej ewolucji? Porzucenie naturalnego otoczenia na rzecz zmechanizowanego. Możliwe, iż taki był plan Boga.
Wiara Eryka była pasmem wzlotów i upadków. Głównie upadków. Podczas swojej życiowej wędrówki, zapoznał się doktrynami wielu religii oraz filozofii. Żadna nie przyniosła mu jednoznacznych odpowiedzi. Kim jest Bóg? Czy w ogóle istnieje? Jeśli tak, to dlaczego dopuszcza do szeroko pojętego zła? Każdy duchowny nabierał wody w usta słysząc te pytania. Mimo to Erykowi zdarzało się rozmawiać z Bogiem. Głównie samotności, ponieważ sporadycznie korzystał z miejsc do tego przeznaczonych. Wybór zależał od tego, która ze świątyń znajduje się akurat najbliżej. Nieopodal Central Parku znajdował się kościół katollicki, a jako że Erykowi zachciało się rozmowy na Najwyższym, udał się w jego kierunku. W zasadzie kościołów katolickich było najwięcej w tej części globu. Jednak gdyby Wielka Wojna potoczyła się inaczej, to nie chrześcijaństwo dzierżyło by tytuł najpotężniejszej religii świata. Jednym z powodów wybuchu tej wojny były napięte stosunki między muzułmanami a resztą świata. W wielu krajach muzułmańskich władzę przejął radykalny islam, przez co spirala globalnego terroryzmu nabierała tempa. Czarę goryczy przelał sześciesiąt lat temu atak na spotkaniu rady ONZ we Włoszech. Świat wtedy zwariował. Zachód wypowiedział otwartą wojnę państwom ISIS. Po dwóch latach konfliktu do walk dołączyły Chiny, widząc w tym okazję do poszerzenia swojego terytorium oraz władzy. Podobnie pomyślała Rosja, która od dawna była nękana problemami ekonomicznymi. Po sześciu latach batalii, kraje muzułmańskie ugięły się. Ustanowiono prawo, które dopuszczało do wyznawania tylko najmniej skrajnych odłamów islamu. Resztę zakwalifikowano jako grupy terrorystyczne lub nielegalne ideologie (jak np. nazizm). Ci, którzy nie chcieli poddać się nowej władzy, uciekli do Afryki. Od dawna reszta świata postawiła krzyżyk na tym kontynencie, traktując go jako plac zabaw, w którym nikogo nie interesuje los dzikusów. Nieprzerwanie trwają tam krwawe walki o władzę między plemionami a niechcianymi gośćmi. Wygrani podzielili się zdobytymi krajami. Najmniej dostała Rosja, głównie państwa, które niegdyś należały do Związku Radzieckiego od strony południowej. Chiny wchłonęły wszystko od Afganistanu, po Malezję i Wietnam, do Korei Północnej. Zachód zadowolił się Bliskim Wschodem.
Dziś Chiny stawiają na przemysł i rozwój technologiczny, rzucając tym samym jakiekolwiek działania religijne w cień. Zachód natomiast splótł religię chrześcijańską z rządami oraz korporacjami, tworząc przy tym niejasny konglomerat. Jeszcze nigdy historii ludzkości kościół katolicki nie sprawował tak potężnej władzy. Eryk był świadom tego układu, ale nie przeszkadzało mu to w goszczeniu się w monumentalnych kościołach.
Dom Boży przy Central Parku był jednak bardzo kameralny i, o dziwo, pusty. To nawet lepiej, stwierdził Eryk. Wciąż nie wiem, czy jesteś gdzieś tam na górze, zaczął swój monolog w duchu. A nawet jeśli istniejesz, to czy mnie słuchasz. A jeśli słuchacz, to czy w ogóle cię obchodzę. Ludzie zwracają się do ciebie, gdy czegoś potrzebują. Nigdy o nic cię nie prosiłem. Dziś jednak błagam o opiekę nad moim zespołem, bowiem czuję, że ta wyprawa będzie najniebezpieczniejszą podróżą, na jaką przyszło nam się wybrać.
Nagle zaskrzypiały drzwi i do kościoła weszła starsza kobieta. Skinęła głową Erykowi i uklękła w pierwszym rzędzie. Myśli Eryka rozproszyły się. Nie mógł już skupić się na własnej modlitwie. Po kilku minutach doszedł do wniosku, że to bez sensu, więc wyszedł z budynku. Była za dwadzieścia dziewiąta wieczorem. Całkiem wcześnie, orzekł Eryk. Zdążę załatwić jeszcze jedną sprawę, po czym wezwał taksówkę.

Po kilkunastu minutach jazdy znalazł się w Starym Brooklynie. Była to jedna z najbiedniejszych dzielnic w Nowym Jorku. Erykowi zdarzyło się w przeszłości pracować jako kurier i najgorzej wspomina właśnie tę część miasta. Został nawet raz obrabowany. Piękne wspomnienia, stwierdził z przekąsem. Dziś jednak przybył do tego zapomnianego przez Boga miejsca w innym celu. Po dziesięciu minutach poszukiwań znalazł wreszcie budynek, który go interesował. Był to dziesięciopiętrowy blok mieszkalny z odchodzącą farbą. Drzwi na klatkę były otwarte, więc Eryk darował sobie korzystanie z wideofonu i po prostu wszedł do budynku. Spodziewał się zastać leżące wokół śmieci i śpiących na schodach ćpunów, ale korytarz był schludny. Najwidoczniej blok ten zamieszkiwały osoby ubogie, lecz starające się żyć godnie. Odnalazł mieszkanie 45 i zapukał do drzwi. Po kilkunastu sekundach otworzył je krępy mężczyzna.
– Kurwa mać, King!
– Witaj, Ben.
– Jeśli przyszedłeś wpłynąć na moją decyzję, to już teraz możesz stąd wypierdalać na jednej nodze.
– Ależ skąd. Prawdę mówiąc podjąłeś właściwą decyzję. Mogę wejść na chwilę?
Ben wyjrzał na korytarz i sprawdził, czy Eryk nie przyszedł z kimś jeszcze.
– Właź – machnął zapraszająco ręką.
Mieszkanie Bena było skromne, ale na swój sposób przytulne. Weszli do kuchni, ponieważ reszta rodziny kładła się już spać.
– Przepraszam za takie powitanie. Ostatnio jestem trochę podminowany.
– Nic się nie stało.
– Chcesz coś do picia.
– Szklanka wody wystarczy.
Ben sięgnął po szklankę z szafki i nalał do niej wodę z butelki.
– Dzięki.
– Czyli nie chcesz mnie ponownie zwerbować do tej szalonej misji? – zapytał Ben opierając się o lodówkę ze skrzyżowanymi rękoma.
– Daj spokój. Każdy głupi w tym biznesie wie, czym jest podróż poza Jowisz.
– Mimo to, wy się skusiliście.
– Ja i Sam nie mamy zbyt wiele do stracenia.
– Jednak wciąż…
– Słuchaj, to było do przewidzenia, że Sam w końcu podejmie się jakiejś samobójczej misji. Już ostatnio było gorąco.
– Jebani gwiezdni piraci, czy jak im tam.
– Obiecałem sobie, że nigdy nie zostawię Sam. Nie ważne jak bardzo szalone decyzje zacznie podejmować. Jednak nie wymagam, aby inni poszli z nią na dno. Zwłaszcza ty. Dlatego nawet jeśli byś się zgodził pilotować, zwyczajnie bym cię zwolnił.
– Nie wiedziałem, że tak ci na mnie zależy – rzekł Ben szczerząc zęby.
Zapadła chwilowa cisza.
– A jak tam mała? – zaczął Eryk.
– Dobrze. Pięć lat staraliśmy się z Mari o dziecko. Już prawie daliśmy sobie spokój, gdy pojawiła się Sara. Ogólnie nie mogę narzekać, ale mam jeszcze na utrzymaniu rodziców Mari. W dodatku muszę spłacać ten jebany dług, który zaciągnąłem za gówniarza. Nie jest lekko. No i chwilowo jestem bez pracy, ale kuzyn ma mi załatwić robotę w przewoźnikach miejskich.
– Dasz radę, Ben. Jesteś jednym z najbardziej zaradnych facetów jakich znam – powiedział Eryk wstając z krzesła.
– Dzięki. Tak w ogóle to powodzenia na tym Uranie. Wróćcie żywi.
Uścisnęli sobie dłoń na pożegnanie.
W drodze do domu Eryk połączył się ze swoim kontem bankowym za pomocą smartringa. Wybrał zakładkę “wykonaj przelew” i wpisał dane odbiorcy. Czy na pewno chcesz zatwierdzić transakcję?, zapytał system.
Ben Mosley kładł się spać obok żony oraz kilkutygodniowej córki, gdy jego odłożony na stoliku smartring zaczął migać. Pewnie przypomnienie o jakiejś zaległej racie, pomyślał przygnębiony. Założył na palec urządzenie i wyświetlił się przed nim hologramowy interfejs. Skrzynka odbiorcza informowała o jednej nieprzeczytanej wiadomości. Jednym ruchem palca otworzył folder. Powiadomienie, które przeczytał Ben tego wieczora, niemal spowodowało u niego migotanie przedsionków.
 “Na Twoje konto zostało przelane milion ecoinów”.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Uran - rozdział 5

Wynajęte przez Korporację Górniczą biuro było nieznośnie małe. Zresztą nazwanie tego pomieszczenia biurem to lekkie nadużycie. Pokój z biurkiem i trzema krzesłami, to najwyraźniej wszystko, czego może potrzebować podrzędny kapitan statku kosmicznego. Na szczęście kapitan Samantha Nell była przyzwyczajona do pracy w spartańskich warunkach. Akurat kończyła rozmowę kwalifikacyjną z ostatnim rekrutem, gdy rozległo się pukanie.
– Proszę!
Zza metalowych drzwi pojawił się Eryk.
– Cześć, Sam… – urwał nagle, gdy spostrzegł, iż Nell nie znajduje się sama w pomieszczeniu. – Dzień dobry, pani kapitan – poprawił się szybko.
– Cześć – odpowiedziała nie spuszczając wzroku z przeglądanych dokumentów. – Siadaj – wskazała mu jedyne wolne krzesło obok siebie.
Eryk wykonał polecenie w milczeniu. Przed nimi siedziała dwudziestokilkuletnia dziewczyna. Była ona niską hinduską o przenikliwym spojrzeniu. Długi czarny warkocz opadał jej na ramię, co dodawało niewinności. Mimo to sprawiała wrażenie osoby silnej i budzącej respekt. Eryk spojrzał na jej życiorys, czytany akurat przez Nell. Nazywała się Kajol Khan, pochodziła z Indii, lecz w wieku trzech lat przeprowadziła się z ojcem do Stanów Zjednoczonych. Była absolwentem Wojskowej Szkoły Lotniczej U.S. Przez jakiś czas służyła w armii, ale dwa lata temu przeniosła się na sektor prywatny. Pracowała jako wolny strzelec, miała nawet w przeszłości jeden kontrakt z Korporacją Górniczą na przelot na Marsa. Reasumując była idealnym pilotem do tej misji.
Kapitan Nell odłożyła dokumenty, wstała z krzesła i podała rękę Kajol Khan.
– Witamy na pokładzie, panno Khan. Proszę stawić się jutro z samego rana przy naszym statku. Wieczorem wyślę pani przepustkę na smartring.
– Dziękuję, pani kapitan – odpowiedziała radośnie Kajol. – Nie zawiedzie się pani. Do jutra – pożegnała się, po czym opuściła pomieszczenie.
Eryk wstał i podszedł powoli do ściany trzymając dłonie za plecami. Wyglądał, jakby oglądał obraz powieszony w galerii sztuki, lecz na ścianie nie znajdowało się nic, prócz szarej farby.
– Po co nam pilot? – zapytał po chwili. – Mamy przecież Bena.
– Już nie mamy. Zdezerterował.
– Jak to?
– Gdy mu powiedziałam dla kogo pracujemy i gdzie lecimy, to stwierdził, że nas pojebało do reszty..
– Ech, cały Ben. Rozumiem, że pieniądze go nie przekonały.
– Zawahał się, ale stwierdził, iż to za duże ryzyko i woli być biedny, ale żywy. Wiesz, ostatnio urodziła mu się córka. Od tamtego czasu zrobił się cholernie sentymentalny.
– Ja mogę pilotować Ryski II.
Kapitan Nell wybuchnęła śmiechem.
– No co! – odwrócił się w końcu od ściany. – Przecież potrafię latać tą kupą złomu.
– Prędzej dam ster córce Bena, niż tobie. Zresztą – spoważniała nagle – łatwiej jest znaleźć dobrego pilota, niż bosmana. Nie wychodź ze swojej roli, proszę.
Eryk zaczął spacerować w zamyśleniu po pokoju.
– Rozumiem. Ale dlaczego akurat Khan? Nie było innych chętnych na to stanowisko?
– Wydaje się najbardziej kompetentna.
– I w dodatku niezła z niej laska.
– Że co proszę?
– Och, Sam, mnie nie oszukasz. Owszem, papiery sugerują, że da radę. Ale widziałem jak na nią patrzyłaś.
– Wypraszam sobie!
– Przepraszam. Ale coś mi w niej nie pasuje.
– Przecież nawet z nią nie rozmawiałeś.
– Ale mam staroświeckie przeczucie. A wiesz, że rzadko się ono myli.
– Przesadzasz, Eryku.
– Dobra, ty tu rządzisz. Ale będę ją miał na oku.
– Jak chcesz – westchnęła Nell. – I tak, niezła z niej laska. Jednak pamiętaj, że jestem profesjonalistką i nie sypiam z podwładnymi.
– Ta, boleśnie się o tym przekonałem.
– Ty w dodatku jesteś facetem.
– Prawdziwe skaranie boskie.
Oboje parsknęli śmiechem. Nagle przypomniało się Erykowi zdarzenie, które miało miejsce na korytarzu pół godziny wcześniej.
– Słuchaj – zaczął. – Przed przyjściem tutaj spotkałem na korytarzu Juliusa Syka.
– Pamiętam go, jeden z twoich niedołężnych szefów.
– Dokładnie. Wcisnął mi na siłę taki przedmiot – wyciągnął z kieszeni czarną kostkę – abym podał go komuś, gdybym był przypadkiem w U.T. Musk.
– Dziwne, nikomu nie mówiła jeszcze, że będziemy robić tam postój.
– Zbieg okoliczności, czy może przeciek w Korporacji?
– Szpiegostwo gospodarcze. Słuchaj, oficjalnie nic mi nie mówiłeś. Jak chcesz, możesz to komuś podrzucić, bo i tak zatrzymamy się tam na kilka dni. Kwestia tylko, czy ufasz temu Juliusowi. I co to w ogóle jest? – wskazała palcem na kostkę.
– Nie, nie ufam mu. I nie mam bladego pojęcia co to jest. Jeszcze pomyślę co zrobię. Na pewno nie kiwnę palcem, póki nie dowiem się, czym, u licha, jest ta kostka.

piątek, 4 listopada 2016

Uran - rozdział 4

Nazajutrz Eryk udał się do hangaru w centrum. Przed spotkaniem z kapitan Nell postanowił odwiedzić Ryski II, przy którym pracowało tuzin techników. Korporacja Górnicza zaproponowała wypożyczenie silników napędzanych syntezą termojądrową na czas wyprawy. Silniki, które posiadał wcześniej Ryski II, osiągały prędkość zaledwie czterdziestu kilometrów na sekundę. Oznaczało to prawie dwuletnią podróż na Uran. W jedną stronę. Technicy Korporacji, po przeprowadzeniu przeglądu technicznego, zaproponowali zmianę napędu, który nie będzie potrzebował przebudowy całej instalacji. Niestety dwudziestoletni staż Ryski II nie pozwalał na wbudowanie najnowszych i najszybszych wersji, które osiągały nawet ponad trzysta kilometrów na sekundę. Te, które znajdowały się teraz na wyposażeniu Ryski II, dopuszczały prędkość do zaledwie stu kilometrów na sekundę, ale to i tak przeszło dwa razy więcej niż poprzednie. Dzięki temu czas lotu mógł zostać skrócony do raptem dziewięciu miesięcy. Eryk modlił się, aby jego przyjaciel nie rozpadł się w próżni przy tej prędkości.
Korytarze biurowca pod hangarem wypełniała dreptanina pracowników różnych firm. Skojarzenia z pandemonium nachodziły wręcz same. Prawie jak na Wall Street, pomyślał Eryk. W drodze do wynajętego przez kapitan Nell biura, Eryk spotkał swojego byłego szefa, Juliusa.
– Eryk King! Kopę lat, ty wielki skurczybyku! – zagrzmiał tubalny głos Juliusa. Był on człowiekiem drobnej postury z haczykowatym nosem oraz uwydatnioną łysiną.
– Dzień dobry, panie Styk .
Eryk nie był zadowolony z tego przypadkowego spotkania. Julius Styk nie był jego najgorszym pracodawcą, lecz zawsze źle się czuł w jego obecności. Po części przez fakt, iż Eryk był bardzo wysokim mężczyzną, i było mu niekomfortowo wśród niskich facetów. Jakby miał coś, czego Bóg im poskąpił. Głównym jednak powodem niechęci była jego osobowość. Gdyby Eryk miał użyć tylko jednego epitetu, z pewnością byłby to makiaweliczny.
– Cóż cię sprowadza do tego piekła?
– Interesy, a cóż by innego.
– To tak jak mnie. Tak jak mnie – odrzekł Julius w zamyśleniu, po czym dodał: – A w jakim biznesie robisz?
– Logistyka pozaziemska.
– Interesujące, interesujące. A gdzie teraz lecisz?
– To informacja poufna. Mam nadzieję, że pan to rozumie, panie Styk.
– Rozumiem, rozumiem. Przecież jestem biznesmenem!
– Nie wątpię.
– Słuchaj no, King – Styk rozejrzał się nerwowo i kontynuował ciszej, prawie szeptem. – Nie chciałbyś trochę grosza zarobić?
– Niespecjalnie – odparł lekko już poirytowany Eryk.
– Kurna, ze względu na stare czasy. Bo miałbym małą prośbę.
– Ale ja…
– Będziesz może przelatywał przez kosmoport U.T. Musk?
– Nie wiem…
– Och, na pewno będziesz. Mają tam świetny bar Tesla Shock. Zapytaj barmana o Franka Smitha, i gdy się pojawi, podaj mu to – Styk wciska Erykowi w dłoń mały klocek i zaciska jego pięść.
Eryk, zdezorientowany tą niemal surrealistyczną sytuacją, stara się oddać klocek Juliusowi, lecz ten znika w tłumie.
– Styk, poczekaj! Ja niczego ci nie będę dostarczał!
Lecz słowa te nie dotarły do adresata. Eryk spojrzał na tajemniczy klocek i schował go do kieszeni. Ciekawe w co ten stary hochsztapler chce mnie wpakować, pomyślał, po czym udał się do biura kapitan Nell.