W popkulturze istnieje sporo serii, które łączą różne pokolenie. Gwiezdne Wojny, Władca Pierścieni czy Dangeons & Dragons to przykłady oczywiste. Do tej puli dorzuciłbym kacze (i mysze) komiksy Disneya. W Polsce zasięg ich był ograniczony przez czerwoną kurtynę, więc dopiero w latach 90. zaczął się szał na Donalda i spółkę. Lecz na szeroko pojętym Zachodzie kaczomania trwała do dekad. A zapoczątkował ją w latach 40. Carl Baks, tworząc przy okazji jedną z najbardziej ikonicznych postaci w całej historii popkultury - Sknerusa McKwacza. Ten dziobaty fantastyliarder miał być tylko jedną z wielu jednorazowych postaci występujących w przygodach Donalda oraz jego siostrzeńców. Jednak stary bogacz zrobił taką furorę, że zaczął pojawiać w kolejnych historyjkach, aż stał się ulubieńcem nie tylko czytelników, ale także, a raczej przede wszystkim, samego Barksa. Nie ma jednak sensu przybliżać postać Sknerusa, gdyż każdy choć minimalnie zainteresowany popkulturą zna tego kaczora.
Popełniam ten wpis z powodu zakończenia potężnej, bo liczącej trzydzieści tomów pełnej kolekcji komiksów stworzonych przez Carla Barksa w uniwersum Kaczogrodu. Seria ukazywała bite siedem lat i byłem z nią od początku. Jest to koniec pewnej epoki, podczas której co kilka miesięcy trafiała w moje dłonie sentymentalne historie, które czytałem w dzieciństwie na łamach "Kaczora Donalda". Wtedy nie rozróżniałem autorów, lecz Barks był jednym z moich ulubionych rysowników oraz scenarzystów. Fabuły pisał zwariowane oraz wypełnione przygodami rodem z kina nowej przygody jeszcze przed wynalezieniem tego gatunku. Najwięcej frajdy sprawiały mi te znane kadry przepełnione nostalgią, ale i te mi nieznane również dawały sporo radości. Oczywiście trafiały potknięcia, jak te z okropną personą jaką bywa Daisy, a pod koniec kolekcji zaczynałem nieco być zmęczony powtarzalnością motywów. Kolekcja ta jest też zbyt długo, aby ją powtarzać, choć liczę, że kiedyś to zrobię choćby do moich ulubionych lat, czyli 40. i 50. Mimo swojej gigantycznej objętości sądzę, że każdy szanujący się kaczkofan powinien chociaż raz zapoznać się z tą serią, jeśli ma taką możliwość. Choć moim numerem uno zawsze będzie Don Rosa (o którym kiedyś coś skrobnę, bo wypadałoby odświeżyć jego kolekcję), to wpływ Barksa nie tyle na komiksy, co całą popkulturę jest niezaprzeczalny. W dodatku jego życiorys jest całkiem inspirujący, bowiem dla Disneya zaczął rysować dopiero po czterdziestce, a tworzył niemal do końca swego długiego (dożył niemal setki) życia. Carl Barks to niezaprzeczalnie legenda.


