Nie przywykłem pisać o muzyce. Mimo, że słucham jej sporo, to nigdy nie czułem się choć trochę kompetentny do wyrażania opinii na jej temat publicznie. Aczkolwiek fascynuje mnie fenomen Briana Warnera, szerzej znanego jako Marylin Manson. Fascynuje, bowiem jest to jeden z najbardziej kontrowersyjnych artystów być może w historii, który do mainstreamu przepchnął na pewien czas niezwykłą stylistykę nie tylko muzyczną (dla owego mainstreamu), ale przede wszystkim wizualną. Brutalną, dziwaczną, a przede wszystkim niepokojącą. Pamiętam jak dziś, gdy w telewizji emitowano niesławny teledysk "Sweet Dreams" (fenomenalny cover piosenki Eurythmics), kiedy to mając góra 12 lat byłem przerażony tym co zobaczyłem i jeszcze przez wiele lat nie byłem w stanie obejrzeć całości. Dopiero po prawie dwóch dekadach, gdy taka muzyka stała się moją codziennością, nadrobiłem zaległości. I powiem szczerze, iż niektóre z jego teledysków wciąż budzą pewnego rodzaju niepokój. A jeszcze bardziej dziwi mnie fakt, iż na przełomie wieków to wszystko było w mainstreamie! To były naprawdę dziwne czasy. Ciekawe co takiego będzie dziwić ludzi za następne 20-30 lat (strzelam, że z pewnością Fagata).
Pomijając jednak tę dziwność, obrzydliwość i wariactwo, była to ze wszech miar sztuka, i to całkiem niezła. Doceniam ją po latach, tę pomysłowość oraz odwagę. Dlatego co jakiś czas wracam do tego szaleńca, Marilyna Mansona. No właśnie, szaleńca. Nie skończyło się bowiem na jego sztuce, kontrowersje wytwarzał także poza nią. Do dziś są głośne jego wywiady, w których nie gryzł się w język. Dziś może już to nie robi aż takiego wrażenia, ponieważ przywykliśmy do tego, że celebryci mówią co im ślina na język przyniesie. Jednak bliskim scancelowania MM był w 1999 roku po masakrze w liceum Columbine, gdy media, społeczeństwo oraz wymiar sprawiedliwości szukały kozłów ofiarnych, zamiast szukać prawdziwej winy. Oberwało się głównie wszelakiej popkulturze, w tym grom i omawianemu muzykowi. Po czasie jasnym było, że oskarżenia wysnuto na podstawie fałszywych lub źle zinterpretowanych poszlak. Przez lata opinia publiczna stonowała, tak samo jak sam Manson. I to w niemal w każdej sferze - od afer, po muzykę, a na image'u kończąc. W 2007 roku zespół o tej samej nazwie wydał płytę "Eat Me, Drink Me", która była zupełnie inna niż dotychczas, co nie spotkało się z aprobatą wielu fanów. Album miał zupełnie inny ton i atmosferę, dominował wręcz balladowy, romantyczny i gotycki klimat. Ja natomiast właśnie od tej płyty zacząłem słuchać MM. Wypływająca z niemal każdej nuty melancholia idealnie trafiła w moje złamane nastoletnie serce. I trafia do dziś po prawdzie. Od tamtej pory stałem się nie tyle fanem, co miłośnikiem jego muzyki, lecz dawkowałem sobie ją powoli, dlatego wciąż nie mam obsłuchanej całej dyskografii.
W 2021 wylało się szambo. Była narzeczona Mansona, Evan Rachel Wood, oskarżyła go o nadużywania seksualne. Za ciosem poszło kilka innych kobiet i zaczęły się dochodzenia. Nie śledziłem tego na bieżąco, były to czasy świetlności ruch #metoo, więc co chwilę wybuchała podobna afera, dlatego nie chcę wyciągać wniosków z krótkiego artykuły z wikipedii, wg której praktycznie nic Mansonowi nie udowodniono. Choć nie przeczę, że z daleka wygląda trochę to jak sprawa Gonciarza, czyli grupa kobiet znalazła sobie łatwy cel i odpowiedni moment na atak, przy okazji manipulując faktami, opinią społeczną i domniemanymi ofiarami. Z drugiej strony to Marilyn Manson - czy trzeba więcej dodawać? Nie mnie oceniać, jednak jako że sąd wyroku skazującego nie wydał (nie było nawet rozprawy z ławą przysięgłych, na którą pewnym momencie MM nalegał), nie zamierzam cancelować piosenkarza. I chyba do podobnych wniosków doszła znaczna większość jego fanów, bowiem cichaczem, acz niemal bezproblemowo i z coraz większym sukcesem Marilyn wrócił na scenę. W Polsce jego koncerty wyprzedają się wręcz ekspresowo!
Powrócił także z dwiema płytami (lub jedną podzieloną na dwie części jeśli wierzyć tytułom tychże) na przestrzeni dwóch lat. Najnowsza z tego roku towarzyszy od kilkunastu dni i muszę powiedzieć, że ją polubiłem. Nie wgniotła mnie w fotel, ale jest tam wszystko, za co lubię muzykę MM. Melancholia, nihilistyczne teksty, rytm, ale także pazur i agresja. "One Assassination Under God - Chapter 2" koresponduje ze znaną mi twórczością artysty, zwłaszcza z uwielbianym przeze mnie albumem "Eat Me, Drink Me". Nie wgłębiałem się zbyt mocno w warstwę liryczną, lecz czuć w nich wyrzucenie tlących się emocji z ostatnich kilku lat, które z pewnością były łatwe dla Mansona, niezależnie ile było w nim winy. Zwłaszcza utwór "All The Vilest Things" wydaje odpowiedzią na te oskarżenia, niemalże osobisty list do byłej narzeczonej. Nie jest to jednak płyta wybitna, na kilka słabszych momentów. Są to głównie elementy, które starają się brzmieć nieco bardziej współcześnie. Nie ma tego jednak wiele na szczęście. Jest solidnie, tak jak w "Chapter 1", a to świadczy, że czeka nas jeszcze muzyki tego kontrowersyjnego artysty. Jak sam śpiewa: "You tried your best/To destroy me/Don't want revenge/'Cause you only made me stronger/'Cause you only made me stronger". I nie są to tylko puste słowa. Facet wrócił z większą popularnością, solidnymi płytami oraz dawną formą fizyczną.



