Moje pierwsze spotkanie z RoboCopem było traumatyczne. Otóż mając jakieś czternaście lat zamieszkał z nami mój wujek, który wieczorami oglądał różne filmy w telewizji, niekoniecznie odpowiednie dla młodego umysłu, ale też nic perwersyjnego, ot brutalne akcyjniaki, jakie to emitowano po dwudziestej drugiej. Zdarzyło mi się podglądać co on tam ciekawego ogląda. Trafiło na już wtedy wiekowy film "RoboCop", o którym naturalnie każdy chłopak choćby słyszał. Miałem blade pojęcie o czym ten film jest, jednak nic nie mogło mnie przygotować na to, co miałem zobaczyć. Podglądając ukradkiem trafiłem na scenę egzekucji Alex'a Murphego. Każdy, kto ją pamięta, może sobie wyobrazić reakcji wczesnego nastolatka, który nie miał styczności z takimi treściami. Byłem w szoku, że film o nieporadnym policyjnym cyborgu jest tak obleśnie brutalny! Przez długi czas nie mogłem pozbyć się tej sceny z głowy, przez co zwlekałem z pełnoprawnym seansem "RoboCopa", czy jak ktoś woli pierwsze polskie tłumaczenie - "Supergliny". Odważyłem się to zrobić dopiero kilka lat po ukończeniu dwudziestki, mając na koncie obejrzaną całkiem pokaźną listę różnego rodzaju kina, także cięższego kalibru. I choć dałem radę bez problemu, to moment egzekucji wciąż wzbudzał we mnie pewien dyskomfort. Sam film jednak niespecjalnie przypadł mi do gustu, ot, kolejny akcyjniak z lat 80., do tego dość kiczowaty. Kompletnie nie czułem klimatu, przez co serię porzuciłem na długie lata. Owszem, obejrzałem remake z 2014 roku, który okazał się średniakiem totalnym, bez krzty charaktery oraz zbyt ugrzeczniony.
Jednak w tym roku stałem się fanem Supergliny. A to za sprawą gry stworzonej przez polskie studio Teyon (które zadebiutowało w szerszej świadomości graczy crapiszczem "Rambo: The Video Game", w którego miałem przyjemność nie zagrać) - "RoboCop: Rogue City". Prawie trzy lata zwlekałem z zapoznaniem się z tą produkcją, ale w końcu trafiła się okazja na PS5 wraz z dodatkiem "Unfinished Business". Niby wiedziałem czym mnie więcej jest ta gra, lecz i tak zostałem zaskoczony jej rozbudowaniem oraz przywiązaniem twórców do detali. Pierwowzór pamiętałem przez mgłę, lecz mimo to wyłapałem masę nawiązań. Ludzie, którzy tworzyli tę grę po prostu kochali RoboCopa. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło, to ambicje studia, bowiem widać tu zalążki immersive sima. Sporo tu eksploracji, nieco zadań pobocznych, wpływających na rozgrywkę rozwój umiejętności, ale także pomysłowe ulepszanie Auto 9 w postaci mini gry logicznej, dialogi, a także sporadyczny wybór możliwości na ukończenie zadania. Niestety w dodatku wszystkie te cechy zostały zredukowane, skupiając się na czystej akcji, co z drugiej strony jest usprawiedliwione założeniami fabularnymi tegoż. Strzelanie także zrealizowano całkiem zmyślnie, tak samo jak poruszanie się bohaterem. Systemy są bowiem ociężałe, co tylko potęguje uczucie wcielania się klockowatego cyborga. Wszędzie indziej byłoby to wadą, ale w "Rogue City" jest absolutnie zaletą. Historia, osadzona między drugą a trzecią częścią filmów potrafi zaangażować, podobnie jak misje poboczne, które wpisują się w świat przedstawiony. A ten jest nieprzyjazny, mroczny i niesprawiedliwy. Retro cyberpunk jak się patrzy. Całość na tyle dobrze się ze sobą komponuję, że podstawkę, jak i dodatek splatynowałem, co mi się niezwykle rzadko zdarza (inna sprawa, że te platyny można zrobić za jednym podejściem jeśli robi się wszystko). Jednak wystawiając ocenę numeryczną, nie mógłbym dać więcej niż solidną siódemkę. Głównie przez aspekty techniczne. Gra hula na Unreal Engine 5, który ma swoje problemy. Są nimi przede wszystkim znaczne spadki płynności, co często miało miejsce podczas większych strzelanin. Dzieje się wtedy bowiem sporo, ponieważ wiele elementów otoczenie jest zniszczalna. Mimo to jakość wizualna nie usprawiedliwia tych spadków, bo choć "RoboCop" potrafi być ładny, to potrafi być także szkaradny. Zwłaszcza animacje i mimika postaci. Momentami ocierają się o autoparodię. Braki w umiejętnościach są zauważalne, podobnie jak braki budżetowe. Liczę, że w przyszłości nadejdzie druga część, która rozwinie drzemiący w Teyonie potencjał. Mógłby to być potencjalny konkurent "Cyberpunka 2077", jeśli tylko w kontynuacji rozbudować każdy z elementów i dodać otwarte miasto oraz pojazdy. To by jednak kosztowało sporo.
Po skończeniu ciągiem obu produkcji nadal nie miałem dość RoboCopa, więc odświeżyłem sobie filmowy pierwowzór. To było cudowne doświadczenie, dopiero gra pozwoliła mi docenić geniusz Paula Verhoevena i scenarzystów, których wizja niebezpiecznie wiele punktów stycznych posiada ze współczesnością. W dodatku jeszcze bardziej doceniłem Teyon za przywiązanie do detali oraz nawiązań, a scena egzekucji Murphego wciąż wywołuje we mnie pewien dyskomfort. No i zacząłem czuć dziwną słabość do uroczej, ale nie dającej sobie w kaszę dmuchać towarzyszki Robo - Anne Lewis. Gra wywołała dziwny we mnie paradoks, otóż przez nią zacząłem czuć sentyment do filmu, którego nigdy nie miałem. Przez kilkanaście godzin słuchałem tych wszystkich dźwięków, jak interfejs Robo czy jego metalowe kroki, dlatego w filmie poczułem ciary ponownie je słysząc. Podobnie muzyka, która jest naprawdę świetna i doniosła. Film nie jest doskonały, lecz z całą pewnością zasługuje na miano klasyka. Teraz to widzę. Od razu zabrałem się za kontynuację, która o dziwo trzymała całkiem wysoki poziom, ale była dla mnie zbyt śmieszkowa i i brakowało jej tego dusznego klimatu. Lecz to wciąż nie mające czego się wstydzić kino akcji i jest godną kontynuacją. Czego nie można powiedzieć o trzeciej części, której momentami było jej bliżej do kina familijnego, niże sensacyjnego gore. Zbyt dużo kiczu, za mało Robo (w dodatku bez Pettera Wellera w jego roli, na szczęście Nancy Allen została) i kiepska realizacja. A szkoda, bo historia była całkiem dobra i ciekawie rozwijała sytuację w świecie tego uniwersum. Aż szkoda, że "trójka" zabiła ewentualną kontynuację, która mogła być naprawdę interesująca. Być może potencjalna druga część gry podejmie się tego wątku. Mam taką nadzieję. Jest jeszcze nadzieja w nadchodzącym serialu Amazonu. Właśnie gruchnęła wieść, że za tytułową postać wcieli się Dan Stevens - świetny aktor, który błyszczał w takich produkcjach jak "Legion" czy "Gość". Jestem dobrej nadziei, ponieważ Amazon jeśli chce, to potrafi stworzyć naprawdę udane seriale akcji, jak choćby "Fallout" czy "Reacher", w których krew leje się gęsto. A w "RoboCopie" krew musi się lać. Takie są wytyczne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz