piątek, 4 listopada 2016

Uran - rozdział 4

Nazajutrz Eryk udał się do hangaru w centrum. Przed spotkaniem z kapitan Nell postanowił odwiedzić Ryski II, przy którym pracowało tuzin techników. Korporacja Górnicza zaproponowała wypożyczenie silników napędzanych syntezą termojądrową na czas wyprawy. Silniki, które posiadał wcześniej Ryski II, osiągały prędkość zaledwie czterdziestu kilometrów na sekundę. Oznaczało to prawie dwuletnią podróż na Uran. W jedną stronę. Technicy Korporacji, po przeprowadzeniu przeglądu technicznego, zaproponowali zmianę napędu, który nie będzie potrzebował przebudowy całej instalacji. Niestety dwudziestoletni staż Ryski II nie pozwalał na wbudowanie najnowszych i najszybszych wersji, które osiągały nawet ponad trzysta kilometrów na sekundę. Te, które znajdowały się teraz na wyposażeniu Ryski II, dopuszczały prędkość do zaledwie stu kilometrów na sekundę, ale to i tak przeszło dwa razy więcej niż poprzednie. Dzięki temu czas lotu mógł zostać skrócony do raptem dziewięciu miesięcy. Eryk modlił się, aby jego przyjaciel nie rozpadł się w próżni przy tej prędkości.
Korytarze biurowca pod hangarem wypełniała dreptanina pracowników różnych firm. Skojarzenia z pandemonium nachodziły wręcz same. Prawie jak na Wall Street, pomyślał Eryk. W drodze do wynajętego przez kapitan Nell biura, Eryk spotkał swojego byłego szefa, Juliusa.
– Eryk King! Kopę lat, ty wielki skurczybyku! – zagrzmiał tubalny głos Juliusa. Był on człowiekiem drobnej postury z haczykowatym nosem oraz uwydatnioną łysiną.
– Dzień dobry, panie Styk .
Eryk nie był zadowolony z tego przypadkowego spotkania. Julius Styk nie był jego najgorszym pracodawcą, lecz zawsze źle się czuł w jego obecności. Po części przez fakt, iż Eryk był bardzo wysokim mężczyzną, i było mu niekomfortowo wśród niskich facetów. Jakby miał coś, czego Bóg im poskąpił. Głównym jednak powodem niechęci była jego osobowość. Gdyby Eryk miał użyć tylko jednego epitetu, z pewnością byłby to makiaweliczny.
– Cóż cię sprowadza do tego piekła?
– Interesy, a cóż by innego.
– To tak jak mnie. Tak jak mnie – odrzekł Julius w zamyśleniu, po czym dodał: – A w jakim biznesie robisz?
– Logistyka pozaziemska.
– Interesujące, interesujące. A gdzie teraz lecisz?
– To informacja poufna. Mam nadzieję, że pan to rozumie, panie Styk.
– Rozumiem, rozumiem. Przecież jestem biznesmenem!
– Nie wątpię.
– Słuchaj no, King – Styk rozejrzał się nerwowo i kontynuował ciszej, prawie szeptem. – Nie chciałbyś trochę grosza zarobić?
– Niespecjalnie – odparł lekko już poirytowany Eryk.
– Kurna, ze względu na stare czasy. Bo miałbym małą prośbę.
– Ale ja…
– Będziesz może przelatywał przez kosmoport U.T. Musk?
– Nie wiem…
– Och, na pewno będziesz. Mają tam świetny bar Tesla Shock. Zapytaj barmana o Franka Smitha, i gdy się pojawi, podaj mu to – Styk wciska Erykowi w dłoń mały klocek i zaciska jego pięść.
Eryk, zdezorientowany tą niemal surrealistyczną sytuacją, stara się oddać klocek Juliusowi, lecz ten znika w tłumie.
– Styk, poczekaj! Ja niczego ci nie będę dostarczał!
Lecz słowa te nie dotarły do adresata. Eryk spojrzał na tajemniczy klocek i schował go do kieszeni. Ciekawe w co ten stary hochsztapler chce mnie wpakować, pomyślał, po czym udał się do biura kapitan Nell.

wtorek, 1 listopada 2016

Uran - rozdział 3

Bogactwo Eryka sprowadzało się do ogromnej ilości pieniędzy na jego koncie. Pochodził on z zamożnej rodziny Kingów, właścicieli firmy odzieżowej “Kings & Queens”. Ojciec chciał, aby jego pierworodny przejął stery nad firmą, lecz Eryka nie pociągała wizja wiecznych spotkań biznesowych i użeranie się z doradcami. Nie, Eryk żył przeszłością, w której świat nie był pogrążony w konsumpcjonizmie, życie było wolniejsze, a dusza była ważnym elementem człowieczeństwa. Zaczytywał się w starych książkach, oglądał wiekowe filmy oraz słuchał klasyków. Nawet gry wideo wyglądały niegdyś inaczej. Teraz liczy się adrenalina, mocna zabawa bez refleksji. Eryk nie mógł tego przełknąć, dlatego z reguły siedział zamkniętych w swoich czterech ścianach wchłaniając dawną kulturę. Miewał różne ulubione światy; bawił się przednio oglądając bądź też czytając wizję przyszłości w dziełach Dicka lub w Matriksie. Jak na razie nie grozi nam bunt maszyn, są wciąż zbyt głupie, stwierdził rozbawiony. Faworytem był jednak Dziki Zachód, a zwłaszcza jego bohaterowie: niedostępni, mroczni, ale dobrzy i sprawiedliwi. Krwawiący romantycy, jak ich nazywał w duchu. Takowymi byli także autorzy wielu piosenek – przepełnionymi pustką, szukający prawdziwej miłości i celu w życiu. Dziś już nikt nie boryka się z tego typu problemami. Coś ci nie pasuje? Zażyj pigułkę antydepresyjną. Eryk jednak lubił tę trzeźwość umysłu. Cierpiał, ale było to cierpienie świadomie. Wyciszenie tego równoznaczył z wywieszeniem białej flagi. Prawdziwym zwycięstwem jest udanie się w poszukiwaniu szczęścia. Dlatego w wieku dwudziestu lat postawił rzucić studia i ruszyć świat.
– Chyba oszalałeś! – ryknął ojciec.
– Synu, nie mówisz tego poważnie? – zapytała łamiącym głosem matka.
– Kocham was, ale nie chcę zajmować się rodzinnym interesem. Nie tego pragnę.
– Tradycja synu, tradycja! – ojciec niemal wpadł w szał.
– Słuchajcie, ja i tak zrobię co będę chciał. Kwestia tylko tego, czy będziecie chcieli mnie wspierać.
– A co z twoimi studiami?
– Zawsze mogę je wznowić. Choć wątpię. Rzygam już ekonomią.
Zapadła cisza. Erykowi przypomniała się z pewnego filmu scena, w której syn oświadczył rodzicom, że jest gejem. Dziś to coś zupełnie normalnego, po prostu kwestia gustu. Ale wtedy…
– Dobra, niech ci będzie – King senior przerwał milczenie. – Naturalnie nie mogę cię do niczego zmusić. Lepiej, żebyś w ogóle nie kierował firmą, miast kierować nią źle.
– Dziękuję, tato.
– Nie dziękuj, bo nie dostaniesz ode mnie ani grosza. Póki nie znajdziesz, jak to ładnie nazwałeś, celu w życiu, nie zamierzam cię dofinansowywać. Pieniądze będą ci tylko przeszkadzać. Jeśli jednak zdecydujesz się wrócić, moje drzwi będą zawsze otwarte.
Przez kolejne lata Eryk podróżował i łapał się różnej fuchy, szukając swojego celu i nabywając doświadczenia. Od prawie trzech lat był związany z załogą Ryski II. Jak na razie było to najdłużej zagrzane przez niego miejsce. Pół roku przed spotkaniem kapitan Nell, Eryk dostał e-mail, w którym poinformowano go, iż jego rodzice zginęli w ataku terrorystycznym zorganizowanym przez jeszcze wtedy niezidentyfikowaną komórkę. Mimo nagłego rozstania, Eryk utrzymywał rzadkie, lecz ciepłe stosunki z rodzicami. Głównie poprzez smartring, aczkolwiek udało im się kilkakrotnie spotkać. Wiadomość ta uderzyła go w niespotykany wcześniej sposób. Zawsze czuł wewnątrz siebie pewną pustkę, ale dopiero teraz poczuł czym jest prawdziwe nieszczęście. Rzucił wykonywane zajęcie i udał się w strony rodzinne. Prawnicy i doradcy biznesowi składali mu kondolencje, tak naprawdę chcieli jednak wiedzieć co zamierza zrobić z firmą ojca. Eryk oczywiście odziedziczył wszystko, bowiem nie miał innej bliskiej rodziny. Po siedmiu latach tułaczki wciąż nie miał ochoty bawić się w szefa firmy. Co więcej wstręt ten umocnił się po śmierci rodziców. Przez dwa tygodnie siedział załamany w rodzinnej willi. W końcu postanowił wziąć się w garść i poczynić jakieś kroki. Zwołał wszystkich prawników oraz zastępców ojca na konferencję. Los firmy powierzył tym drugim, a on sam został tylko cichym właścicielem. Upoważnił garstkę osób, aby nie zawracano mu głowy rzeczami, o których nie miał pojęcia. Za osiemdziesiąt procent spadku otworzył fundację charytatywną z siedzibą w rodzinnej willi, którą także powierzył w ręce zastępcom. Resztę pieniędzy przelał na własne konta i zakupił małe mieszkanie w centrum Nowego Jorku. Postanowił zakotwiczyć się gdzieś na dłużej. Kilka tygodni później spotkał w miejscowym barze kapitan Nell.

Targowisko rozpościerało się na obrzeżach Nowego Jorku. Zakupić tu można było niemal wszystko, zwłaszcza rzeczy sprzed lat. Dlatego Eryk był częstym gościem tego miejsca. Był miłośnikiem staroci, ale także przyciągał go unikalny klimat targowiska. Handlarze i zwyczajni ludzie, chcący pozbyć się śmieci zalegających ich domy – wystarczyło uiścić drobną opłatę za miejsce, a można było sprzedać niemal wszystko. Tego dnia udał się jednak do miejsca, gdzie udało mu się nabyć berettę.
– Witaj, Jack.
– A, witam, witam, panie Eryku.
Jack był niskim staruszkiem, któremu brakowało kilku zębów. Pamiętał jeszcze czasy Wielkiej Wojny, która spopularyzowała broń laserową. Jednakże podobnie jak Eryk, był zwolennikiem ołowiu.
– Dziś chciałbym zaopatrzyć się w coś specjalnego.
– Czyżby wybierał się pan na polowanie?
– Można tak powiedzieć. Tak, galaktyczne polowanie – odpowiedział w zamyśleniu.
– Coś na to poradzimy – po czym spod lady długi pokrowiec. – Oto karabinek M4A1 z całym dobytkiem. Wysuwana kolba, szyna taktyczna, kolimator, luneta oraz cztery pełne magazynki.
– Ślicznotka – stwierdził Eryk. – Jak z funkcjonalnością?
– Bardzo zadbana, sam ją kilka razy konserwowałem, dlatego te cztery magazynki powinny zostać opróżnione bez zacięcia.
– Biorę. Chciałbym dokupić amunicję do mojej beretty.
– Jasna sprawa. Pudełko wystarczy?
– Tak.
– Mam jeszcze coś, co może pana zainteresować. Walther ppk – Jack mały pistolecik samopowtarzalny.
– O, identyczny używał Bond.
– Kto?
– 007, brytyjski agent, który… – gdy zobaczył konsternację na twarzy Jacka, Eryk dał sobie spokój z dalszym wyjaśnianiem. – Eee, nieważne. Biorę wszystko.
– Świetnie! To będzie, niech policzę... sto pięćdziesiąt dwa tysiące ecoinów.
– Proszę – Eryk wykonał tradycyjny gest smartringiem.
– Poszło. Proszę dać mi pięć minut, a wszystko ładnie panu zapakuję.
– Dziękuję. I bez pośpiechu, Jack! – ale sprzedawca już zniknął.
Zrobiło się późno, pomyślał Eryk. Postanowił więc, że rozejrzy się jeszcze po targu pół godziny i uda się do swojego mieszkania. Jutro musiał spotkać się z kapitan Nell i sprawdzić, kogo ta szalona kobieta w końcu zatrudniła.

niedziela, 30 października 2016

Uran - rozdział 2

Zakupy w dzisiejszych czasach należą do czynności wręcz banalnych. Nawet lista, na której znajdowały się pancerze, bronie laserowe czy granaty pulsacyjne, nie stanowiła problemu. Naturalnie tego rodzaju rzeczy nie można było zamówić przez sieć, należy okazać odpowiednie dokumenty w najbliższym punkcie sprzedaży bezpośredniej. Eryk udał się do jednego ze sklepów, które wiodły prym w handlu sprzętem bojowym. GfY cieszył się dobrymi cenami oraz niezawodną obsługą. Piękna sprzedawczyni przywitała Eryka szerokim uśmiechem.
– Witamy GunsforYou. W czym mogę pomóc?
– Dzień dobry. Chciałbym zamówić na przyszły wtorek dziesięć karabinów AM486L z kompletnym wyposażeniem.
Eryk jeszcze nie znał szczegółów dotyczących załogi, ta bowiem była w trakcie kompletowania, ale jako że miał do dyspozycji niemal nieograniczone fundusze, postanowił uzupełnić zbrojownię. Lepiej kupić więcej niż mniej.
– Do tego piętnaście sztuk coltów L2050 oraz dwadzieścia nano-kamizelek. Do każdej broni czterdzieści jednostek amunicji. Rozumiem, że posiadacie też amunicję do działek typu XGR20?
– Naturalnie, proszę pana.
– To poproszę sto jednostek razy cztery oraz pięć rakiet UTR. Zamówienie będzie otwarte, być może domówię jeszcze coś w przeciągu paru dni.
– Oczywiście. Czy chciałby pan zapoznać się z naszą ofertą specjalną?
– Jasne.
Przed nosem Eryka pojawił się hologram przedstawiający promocje oraz nowości w GfY. Wszystko opierało się na technologii laserowej, za którą Eryk nieszczególnie przepadał. Tęsknił za staromodnymi pistoletami i karabinami strzelającymi prawdziwym ołowiem. Każde naciśnięcie spustu skutkowało wypluciem pocisku z lufy, która pozostawiała za sobą ogień i dym. Huk, destrukcja, adrenalina, poczucie potęgi w dłoniach – tego brakowało mu w nowoczesnych broniach. Laser był skuteczny, ale bez wyrazu. Świst i po sprawie. Zero charakteru. No i awaryjność dużo większa. Nie sposób już było kupić w sklepach legendarnego kałasznikowa lub colta 1911. Jedyna możliwość ich pozyskania była w lombardach bądź na targach. Prawo co do ich posiadania nie było jasne, ale z reguły policja nie robiła problemów “kolekcjonerom”. Wszyscy i tak używali broni laserowej. Eryk posiadał w swoim schowku berettę m9 oraz jakiś zardzewiały rewolwer (niestety próby ustalenia tożsamości spełzły na niczym). Postanowił jednak zaopatrzyć się w coś o większym kalibrze przed wylotem. Wpierw jednak musi urządzić załogę.
– A cóż to za zabaweczka? – wskazał palcem na malutki pistolet, któremu rozmiarami bliżej było do paralizatora.
– To, proszę pana, jest nowość. RH15 marki Glen. Dzięki swojemu rozmiarowi potrafi zmieścić w każdej kieszeni. Można go nawet przypiąć do nadgarstka i jednym ruchem chwycić dłonią. Posiada tylko dwa ładunki, ale dzięki kontroli mocy można ustawić na obezwładnienie lub całkowitą likwidację. Przy czym maksymalne ustawienie mocy skutkuje oderwaniem kończyny przeciwnika.
– Proszę dodać jedną sztukę do koszyka.
Transakcja została zakończona tradycyjnym przyłożeniem smartringa do terminalu w celu uiszczenia opłaty. Niemal trzysta tysięcy ecoinów zostało pobrane ze specjalnego rachunku Korporacji Górniczej, do którego Eryk został upoważniony. Takie zakupy to ja rozumiem, pomyślał. Pożegnał się i ruszył w kierunku dzielnicy targowej w celu wydania pieniędzy z tych przelanych dwudziestu procent oraz z własnego majątku, notabene niemałego za sprawą spadku, na kilka gadżetów. Później może nie być okazji – myśl ta nawiedziła go niespodziewanie, powodując dawno nieodczuwalny niepokój.

czwartek, 27 października 2016

Uran - rozdział 1

Jest to historia, która od jakiegoś czasu znajduje się w mojej głowie. Nie wiem jeszcze jaka długa będzie, dlatego postanowiłem pisać ją na bieżąco i publikować i po parę stron. Mam świadomość, że to będzie coś ekstremalnie amatorskiego i okraszone różnego rodzaju błędami, ale hej, od czegoś trzeba zacząć:) Nazwa póki co robocza.


Dwie postacie szybkim krokiem maszerowały korytarzami Korporacji Górniczej, nie starając się zachować przyjętej normy ciszy w miejscach pracy, przez co przyciągały na siebie surowe spojrzenia.
– Chyba cię pogrzało, Nell!
– Dla ciebie pani kapitan.
– A wsadź sobie tytuł! Zwariowałaś, tyle mogę powiedzieć.
– Nie, nie wariowałam, Eryku.
– Nie? Niech ci przypomnę, co mi właśnie powiedziałaś. Cytuję: “wezwana przez komisję górnictwa, przyjęłam przedstawioną propozycję. Za tydzień wyruszamy na Uran”. To się nazywa szaleństwo.
– A jeszcze wczoraj marudziłeś, że nie mamy zleceń, Eryku.
– Nell, pani kapitan, królowo złota, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, gdzie znajduje się Uran i co na nim jest?
– Tak, zdaję sobie sprawę.
Eryk wziął swoją szefową za łokieć i wskazał na fotele w korytarzu.
– Usiądźmy – rzekł. – Mam wrażenie, że truchtając nie za bardzo mnie słuchasz.
Nell westchnęła, ale spełniła prośbę Eryka i usiedli.
– Mam setki powodów, aby nazwać tę misję idiotyczną, ale podam tylko te najważniejsze – zaczął gestykulować rękoma. – Po pierwsze, Korporacja Górnicza, która ma kasy jak lodu oraz dostęp do najnowocześniejszej technologii, potrzebuje niemal roku, aby dostać się na Uran. Dlatego każda taka wycieczka jest dokładnie planowana, by zminimalizować koszty. My z kolei jesteśmy wolnymi strzelcami, dysponującymi sprzętem sprzed kilkunastu lat. Nasz wiekowy ptaszek, Ryski II, będzie potrzebował co najmniej dwóch lat, aby dotrzeć na Uran. Zakładając oczywiście, iż po drodze niczego szlag nie trafi.
– Przesadzasz – wtrąciła kapitan Nell. – Owszem, zakładam taki czas potrzebny na podróż, lecz nie sądzę, by mojemu, jak to ładnie ująłeś, ptaszkowi coś się stało. To dobry model – stwierdziła.
– Na Marsa doleci z palcem w dupie, nawet na Jowisza da radę. Ale Uran? To są setki milionów kilometrów! Widzę jednak, że nie robi to na tobie wrażenia.
– Niespecjalnie.
– Idziemy dalej. Korporacja Górnicza to fiuty.
– Jak każda korporacja.
– Dlatego ich unikamy. Wiesz w ogóle co oni na tym Uranie kombinują?
– Prowadzą wydobycia..
– Diamentów i innych gówien. Czyli będziemy łakomym kąskiem dla piratów. Czyli trzeba się uzbroić. Czyli wydatki na sprzęt. I paliwo.
– Wszystko pokrywa korporacja.
– Świetnie. A teraz najważniejsze. Słyszałaś plotki?
– Tego właśnie dotyczy nasza misja.
– A jednak postradałaś zmysły. Ponoć od kilku miesięcy nie mięli łączność z tamtejszą bazą.
– Od pół roku dokładnie. Obawiają się wysłać swoich, bo już jeden statek przepadł bez echa, więc chcą wysłać kogoś spoza firmy.
– I o do tego właśnie dążę. To misja samobójcza! Nie wiemy z czym się mierzymy.
– Dlatego nie proszę cię, abyś ze mną leciał, Eryku. Nikogo nie mogę zmusić do podjęcia takiego ryzyka.
– Nell, ty stara wariatko, mam u ciebie dług, dlatego polecę z tobą do samego piekła nawet.
– Który już dawno spłaciłeś.
– Nie w moich oczach. Zresztą co ja mam robić. Pracować w biurze i przez cały dzień odbierać telefony od jakiś dupków? O nie, to już wolę zostać zastrzelony przez jakiegoś międzyplanetarnego pirata. Albo rozbić się tą kupą złomu. Albo…
– Dobra, łapię. Masz chujowe życie i jestem jedyną bliską ci osobą.
– Nie pochlebiaj sobie. A tak na marginesie, ile na tym samobójstwie zarobimy?
– Wszystkie koszty pokrywa firma, rachunek otwarty. Na rękę milion.
– Słabo negocjowałaś.
– Milion ty dostaniesz. Ja dostanę dwa. Reszta załogi od 500 do 800 tysięcy w zależności od zasług. Wszystko na czysto, bez podatków. 20 procent przelewają na dzień dobry, reszta po powrocie.
Eryk przez chwilę nie mógł wydobyć głosu z siebie.
– Chyba nie liczą na to, że wrócimy żywi.
– Nie, raczej nie – odrzekła Nell patrząc w podłogę. – Dobra, za siedem dni musimy wystartować. Jest sporo do zrobienia. Ja zacznę kompletować załogę, a ty zajmij się sprzętem.
Eryk wstał i zasalutował z uśmiechem na ustach.
– Tak jest pani kapitan. Rozpoczynam misję “kula w łeb” – po czym się oddalił.
Nell nie mogła się ruszyć z fotela. Wciąż miała wątpliwości, czy taka śmierć będzie odpowiednia. I kogo pociągnąć za sobą. Bo nie było opcji powrotu żywym.

wtorek, 25 października 2016

Josel, 19 kwietnia 1943. Opowieść o powstaniu w warszawskim getcie - Joe Kubert

     Temat antysemityzmu w czasie drugiej wojny światowej przerabiany jest od lat na kartach książek, komiksów, w kinie oraz w grach. Są o podobnym schemacie, często mało odkrywcze, i po tylu dziełach wiemy na ten temat wiele, zdawałoby się. Nie inaczej jest z komiksem (choć tutaj lepiej brzmi powieść graficzna) Joego Kuberta pt. “Josel, 19 kwietnia 1943. Opowieść o powstaniu w warszawskim getcie”. Jest to alternatywna biografia samego autora, któremu udało się wyemigrować do Stanów jeszcze przed wojną i tam odniósł później sukces jako rysownik. Był żydem, dlatego zastanawiał się, jak to by się potoczyło jego życie, gdyby został w ówczesnej Polsce. W swoim dziele Kubert rozwija tę myśl w sposób wielce prawdopodobny; rodzina jego zostaje wygnana do warszawskiego getta, gdzie przeżywają katusze. Mały Josel dzięki swojemu talentowi do rysowania wkupuje się w łaskę oficerów, dzięki czemu nie zostaje później wysłany do Aushwitz. Nikt nie wie czym tak naprawdę jest ten obóz “pracy” do czasu, gdy do getta wraca uciekinier stamtąd. Opowiada wszystkim jakie piekło przeszedł i co czeka każdego, kto się tam dostanie.

    Historia Josela jest tak naprawdę tylko pretekstem do opowiedzenia tego, o czym już dawno wiemy. Kto nie słyszał jak znęcano się nad żydami (i nie tylko nad nimi) w obozach i gettach. Wyniszczano ich fizycznie i psychicznie. To wszystko było. Ale mimo tej powtarzalności, okrucieństw jakich dopuścili się naziści nadal przerażają. Takie opowieści są potrzebne, bowiem nigdy nie możemy zapomnieć jakim potworem może stać się człowiek w “sprzyjających” okolicznościach. Nie ma żadnego usprawiedliwiania dla takiego traktowania innych, nawet jeśli czuje się do nich nienawiść. Tego typu historie mają za zadanie przestrzegać nas, ludzi, abyśmy ponownie nie dopuścili do takich incydentów.

     Od strony technicznej komiks prezentuje się… niecodziennie. Kubert zdecydował się na surowe szkice, aby podwoić efekt okrucieństwa i braku nadziei w tamtym okresie. Rysunki są ładne i spełniają zamierzony efekt, ale osobiście czułem wizualną ubogość. Jest to już kwestia gustu, jednak czytałoby mi się lepiej z pełnoprawnymi planszami. Niemniej jest to dzieło mocne i godne polecenia, lecz momentami wtórne i wizualnie niepełne – jakby się czytało opowiadanie okraszone rysunkami koncepcyjnymi.


niedziela, 23 października 2016

Masło maślane na temat życia i Boga, który zajada się czipsami i ma z Ciebie polewkę

     Dziś nie będzie o żadnych książkach, filmach czy grach. I tak nikt tego nie czyta póki co (mam nadzieję). W tle The Smiths i kojący, ale jednocześnie depresyjny głos Morrissey’a. I tak na przemyślenia mi się zabrało. Nic konkretnego, może raczej małe rozliczenie z przeszłością. Też nie do końca. Czy przez pryzmat przeszłości można stworzyć lepszą przyszłość? Nauczyć się poprzez poparzenia, wyciągać daleko sięgające wnioski. Usiąść, poświęcić kilka chwil na refleksję i zrobić rachunek sumienia. Porozmawiać z innymi. Zrobić coś innego. Bo jak głosi definicja szaleństwa: robić zawsze to samo i oczekiwać za każdym razem innych skutków. Czy to nie czyni nas szaleńcami? Rozwijamy się, owszem, ale pod wieloma względami stoimy w miejscu. Globalnie. Dlaczego nie zrozumiemy, iż religie i skrajne ideologie prowadzą nas do samozagłady? Duchowni karmią nas fałszywymi nadziejami i wysyłają nas do walki w imię Boga, który pogrywa sobie w jakieś chore gierki, za które my, ludzie, zawsze płacimy. Ideologie, które zachęcają do nienawiści tych, którzy nie pasują do stworzonego przez siebie szablonu. Jakim skończonym głupcem trzeba być, aby w ogóle ich słuchać. A politycy? Śmiechu warte! Ruchają nas, a my wypinamy się i prosimy o jeszcze. Psioczenie nie na jedną partię, by wybrać przeciwną, na którą kontynuuje się psioczenie, a następnie wraca do poprzedniej. I tak przez lata. Truizmy, owszem, ale większość zdaje się o nich zapominać.
     O życiu prywatnym nawet nie wspomnę. A nie, jednak wspomnę. Chęć sięgnięcia po szczyt wszystkiego. Bogactwo, akceptacja, kochać, i być kochanym. Bogactwo wypacza. Akceptacja przez parafian, baranki boże, których i tak mamy w dupie. Nie spieszno nam kochać innych, obdarzamy uczuciem osoby nieodpowiednie dla nas, a później płacz i zgrzytanie zębów. Następnym razem zrobię inaczej. Ale i tak topimy się w bagnie tych samych błędów i pomyłek. Rasa ludzka jest żałosna i nie ma dla niej ratunku. Nie, nie wyginiemy, a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Ale będziemy wić się pustym życiu dążąc do nieosiągalnych celów. Zżerać będzie nas depresja z tego powodu. W pewnym momencie palniemy sobie w łeb, albo sznur przez szyję przewiesimy. Zrozumiemy jak bardzo chorym wytworem, żartem Boga jesteśmy. Stworzenia z iluzoryczną wolną wolą, skażone genetycznym uwarunkowaniem do grzechu. Walka ze samym sobą ponoć uszlachetnia. Ale to przegrana walka, staczamy się. Jest lepiej, świat się rozwija. Ale w środku gnijemy, odczuwamy pustkę. Po co się starać, skoro zawsze coś się spierdoli. Nie znamy tylko dnia. Ale spierdoli się na pewno. A jeśli nie? To dojdziemy do mety, a tam czeka nas śmierć. Idealne życie, które musi zostać nagle przerwane. Gdzie w tym miłość? Po co się starać? Hitler i Ghandi skończyli tak samo. Czyż nie lepiej być “złem”? Wtedy jest łatwiej. Ale mamy sumienie,  i wielu nie może przekroczyć pewnych granic. Pochłania ich wtedy coś innego i to samo jednocześnie.
     Każda droga prowadzi do tych samych wrót. Więc może lepiej nie pogarszać sobie już i tak uciążliwej wędrówki przez życie? Nie czyń innemu co tobie nie miłe. To akurat jest całkiem niegłupie. Albo palnij sobie w łeb. Bo są tam gdzieś ludzie, którzy czerpią ze swego żywota jakąś przyjemność. Jebane masło maślane z tego wszystkiego.

piątek, 21 października 2016

Resident Evil Remaster HD - strach nigdy się nie starzeje

     Moda na reedycje starszych gier trwa już dobre kilka lat. Dostajemy produkty różnego rodzaju; dopracowane pod wieloma względami, ale także i takie, które zrobiono na odwal się, czyli odbicie tekstur do HD i cieszcie się gracze. Tytuł sprzedany po raz drugi - misja wykonana. Ja mimo wszystko jestem rad, iż deweloperzy bawią się w takie odświeżanie staroci. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie chciał zagrać w jakiegoś wiekowego klasyka, ale zmarszczki go odstraszyły. Ktoś może krzyknąć: “hola! ale genialne gry nigdy się starzeją!”. A guzik. Wszystko się starzeje (szybko, ale też bardzo wolno, jak np. pierwsze Fallouty), i jeśli nie darzymy gry młodzieńczym zauroczeniem, to naprawdę ciężko sięgnąć po produkt sprzed 20-stu lat. Dlatego kibicuję każdemu projektowi, który ma na celu odmłodzić jakiegoś staruszka.

     Z serią Resident Evil (lub jak ktoś woli: Biohazard) przygodę zacząłem przy okazji premiery czwartej części na PC (ok, wcześniej trochę liznąłem trójkę i chyba dwójkę, ale to się nie liczy). Sterowanie było strasznie pokraczne jak na pecetowe standardy, ale klimat kupił mnie od razu (wiele lat wcześniej starsi kuzyni pokazali mi demko na PS2, byłem zafascynowany). Może RE4 nie było wybitnie przerażające, ale atmosfera była niepokojąca, a to mi już wtedy wystarczyło. Dlatego piątkę przyjąłem z otwartymi ramionami. I było całkiem dobrze, ale afrykańskie słońce nie do końca spełniło moje oczekiwania. Horror to był marny, ale co-op z kumplem sprawdził się wyśmienicie. Później przyszła klimatyczna Revelations i marna szóstka, której nawet ukończyć nie dałem rady (ta część za bardzo przypominała jej kiczowate ekranizacje). Zawsze jednak byłem ciekaw korzeni serii, ale widząc, jak jedynka wygląda, wolałem zostawić wehikuł czasu w szefie.

     I tu z pomocą przyszła mi Resident Evil Remaster HD, która de facto jest remasterem remastera z GameCube’a. I jest to remaster totalny względem oryginału z 1996 roku. Rezydencja nie jest już pusta, posiada masę szczegółowego otoczenia w postaci mebli, książek, kartonów, dywanów, luster i generalnie masę różnych porozrzucanych śmieci, które uwiarygodniają budynek. Poprawiono także sterowanie, choć specyfiką tego gatunku jest, by nigdy nie było ono idealne. No i kamera, która czasami szaleje, lecz niektóre ujęcia nadają niepowtarzany klimat. Rozgrywki generalnie nie zmieniono, ot zwiedzanie rezydencji i okolic w poszukiwaniu kluczy, broni, amunicji i apteczek. Sporo przyjemnych zagadek i okazjonalna walka z mutantami. Tak, akcji nie ma tu zbyt wiele, co mnie cieszy, bowiem zbyt ciągłe potyczki wybijałyby z rytmu, a RE to przede wszystkim gra przygodowa. Jestem pozytywnie zaskoczony tym, że tej grze udało się przez długi czas trzymać mnie w strachu. A już dawno przestałem tę serię kojarzyć ze strachem. Projektanci spisali się na medal, wiedzieli jak dawkować akcję, stworzyli świetne lokacje, a zabawa muzyką i dźwiękami to mistrzostwo. Zresztą ścieżka dźwiękowa zasługuje na osobne pochwały. Nie jest to może poziom Akiry Yamaoko z Silent Hill 2, ale, cholera, dalej po uszach. Często jest też zwyczajnie cicho, co jeszcze tylko potęguje osamotnienie. Moim faworytem jest motyw z “safehouse”, miejsc, w których możemy bezpiecznie grę zapisać i schować przedmioty do skrzyni. Mogę wiecznie słychać tych uspokajających nut.

     Oczywiście nie ma róży bez kolców, choć te tylko kłują, nie ranią. Po pierwsze historia, która miała pewien potencjał, została zatracona przez marne twisty i reżyserię przerywników filmowych. Natomiast fabuła opowiadana przez otoczenie, notatki i pamiętniki intryguje. Obraz psuje także koślawa gra aktorska i niesamowicie wręcz drewniane dialogi. Nieumiejętność scenopisarska czy może swojego rodzaju korespondencja z filmami grozy typu B? Trudno orzec.  Pod koniec wkrada się także lekkie znużenie, ale to bardzo osobiste odczucie, ponieważ jako człowiek już podeszłego wieku, nie lubię długich gier. Wolę niedosyt niż przesyt. Owszem, 12 godzin to nie jest wygórowana ilość czasu, jednak RE opiera się głównie na backtrackingu, a za pierwszym razem można kilka razy utknąć na trochę dłużej. Aczkolwiek dla kogoś innego może to być zaleta.

     Podsumowując: Resident Evil Remaster HD bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło; nie myślałem, że taki staroć tak bardzo mnie pochłonie. Chętnie bym zaliczył kolejne części w takim wydaniu, niestety Capcom póki co inwestuje tylko w wersje z GameCube’a (najmniej z nimi roboty jest, ot co), więc na dwójkę i trójkę nie ma co liczyć w najbliższym czasie. Z pewnością pocieszę się wkrótce Resident Evil Zero HD, które niedawno miało premierę i które ponoć jest równie dobre. A na horyzoncie majaczy siódma część, wracająca do korzeni. Seria po nieszczęsnej szóstce odbija się od dna i jej przyszłość wygląda pysznie!